
Malarstwo Kamila Kukli od kilku lat wyraźnie skręca w stronę mroczniejszych rejestrów: biologicznych form, katastroficznych przeczuć i niepokojących obrazów ze świata codziennego. Czy żyjemy jeszcze w „łaskawej epoce”? Solowa wystawa Kukli „Gracious Epoch” stawia to pytanie, splatając biologiczną wyobraźnię z doświadczeniem współczesnych kryzysów. Artysta opowiada o obrazach powstających między improwizacją a motywem znalezionym, o malarstwie jako instynkcie oraz o świecie oglądanym jakby przez cienką błonę nierealności.

Patrycja Rup: Wystawa “Gracious Epoch” w Galerii Platan zestawia prace z różnych momentów Twojej praktyki. Czy przy układaniu tej ekspozycji zależało Ci na jakiejś konkretnej historii albo napięciu między pracami?
Kamil Kukla: Wystawa złożona jest z obrazów powstałych w latach 2022–2025. Od czasu pandemii koronawirusa moje malarstwo uległo wyraźnej zmianie. Nie bez wpływu była tu też agresja Rosji na naszych najbliższych sąsiadów, kryzys migracyjny na granicy z Białorusią i ogólne polityczne wzburzenie w kraju. Wszystko to wywołało we mnie silne poczucie, że nie sposób malować tak, jakby owe wstrząsy nie nastąpiły. Część z pokazywanych na wystawie prac jest zapisem tego momentu. Oczywiście moje obrazy nie są obiektywnym raportem, nie jest to też malarstwo interwencyjne — stanowią raczej zapis stanu wewnętrznego: rodzących się przeczuć, snów, przywidzeń. Wojna jest w końcu blisko, ale nie doświadczamy jej w Polsce w sposób bezpośredni. Wszystko dzieje się jakby za cieniutką, dającą wrażenie nierealności błoną.
PR: Czym jest dla Ciebie “Gracious Epoch”?
KK: Tytuł ma w sobie cierpką ironię, bo trudno o obecnej chwili historycznej myśleć z wdzięcznością. Kryzys klimatyczny postępuje, znajdujemy się w przedprożu ekologicznej katastrofy, jednocześnie epoka liberalnych demokracji ulega erozji. Codzienność przypomina, że międzynarodowe układy mające stać na straży pokoju, praw człowieka i stabilnych granic są dla rosnących w siłę autokratów tylko świstkiem papieru. Jednocześnie mam przekonanie, że „gracious epoch” to wciąż niezamknięte w pełni okno cywilizacyjnych możliwości. Na wystawie pokazuję kilka obrazów, które nawiązują do paleo-artu — przedstawiają zamierzchłe dzieje Ziemi, także te sprzed pojawienia się hominidów. Przez sporą część fanerozoiku światem rządziły gady i dopiero czysty przypadek w postaci śmiercionośnej asteroidy zadecydował, że otworzyła się nowa epoka, jak się okazało łaskawa dla ssaków. W postglacjalnym pejzażu holocenu ludzkość mogła rozwijać się w nader sprzyjających okolicznościach, rosnąć w siłę i liczbę. Jednak ta urodzajność i łaskawość przyrody okazują się dziś naszym przekleństwem. Ludzi jest za dużo, zniszczenia są zaś zbyt wielkie, a świat jest w rękach złych głupców. To okno możliwości zdaje się domykać, a łaskawa epoka zmierza ku końcowi.
PR: Czy widz w tej wystawie jest bardziej obserwatorem, czy raczej uczestnikiem immersyjnego doświadczenia?
KK: Malując, przywiązuję dużą wagę do aspektów formalnych. Chcę, żeby tkanka obrazu była żywym zapisem wewnętrznej energii i mojego sposobu myślenia o świecie. Jest tu oczywiście i wymiar figuratywny, nacechowany narracyjnie, na który nakierowują tytuły obrazów, ale równie ważna jest dla mnie zmysłowość koloru, materii, kompozycji i poszczególnych kształtów. Liczę na to, że ten pozaintelektualny, emocjonalny aspekt jest jednym z mostów pomiędzy mną a odbiorcą. Dające się nazwać i wypunktować problemy i konteksty są dla mnie istotne, ale kluczowe pozostaje to, jak dany obraz jest namalowany i w czym przejawia się lotność danego malarza. Nie cenię sobie twórczości, która mówi o ważnych i słusznych sprawach, ale w której talentu należy szukać z lupą.

PR: Czy któryś z prezentowanych obrazów jest Ci dziś najbliższy? Jeśli tak, to co wpłynęło na ten wybór?
KK: Bardziej niż pojedyncze obrazy interesuje mnie to, w jaki sposób współgrają one ze sobą w przestrzeni wystawy. Napięcia między pracami są równie ważne jak wewnętrzna zawartość poszczególnych płócien. W tym sensie w pełni zgadzam się z Sasnalem, który bardzo zgrabnie stwierdził w jednym z wywiadów, że aranżowanie wystawy to też malowanie. Mnie przy komponowaniu wystawy szczególnie interesuje współbrzmienie obrazów o charakterze abstrakcyjnym z tymi jawnie figuratywnymi, mocno opartymi na zdjęciu czy reprodukcji. To bardzo ekscytujące, jak zmienia się odbiór pracy w zależności od sąsiedztwa i szerszego kontekstu.
PR: Jaką rolę — w kontekście tej wystawy — przypisujesz malarstwu dzisiaj: czy jest dla Ciebie narzędziem krytyki, introspekcji czy budowania alternatywnej rzeczywistości wizualnej?
KK: Dla mnie malarstwo jest podstawowym instynktem i nie przesadzę, przyznając, że jest też moim sposobem na życie. Z jednej strony stanowi narzędzie pozwalające stale przetrawiać dostępny świat, ale jest też sposobem na dobicie się do wewnętrznego rezerwuaru. Bardzo bliskie jest mi to, co o roli literatury napisał Kafka, upatrując w niej „siekiery na zamarznięte morze w nas”. Dla mnie to jest kluczowa rola sztuki w ogóle. Jeśli nie ma w niej ambicji dotarcia, choćby i brutalnymi metodami, do tajemnicy, to pozostaje ślizgającą się po powierzchni ego publicystyką czy cieszącym oko kontentem.
PR: Jak zwykle zaczyna się Twoja praca nad obrazem — od konkretnego pomysłu, szkicu, a może od plamy koloru?
KK: W ciągu ostatnich lat współistnieją u mnie dwa pozornie sprzeczne nurty. Jest cały szereg obrazów, które mają swoje źródło w zdjęciu, reprodukcji, zrzucie ekranu, czasem fotografii własnej, zaaranżowanej sytuacji lub szkicu. W tych przypadkach zaczynem obrazu jest impuls pod wpływem zobaczonego. Zewnętrzna sytuacja wywołuje iskrzenie neuronów i mobilizację do malowania. Jest to kapryśny, niepochwytny, ale bardzo silny mechanizm. Drugi nurt stanowią prace, które są najczystszą improwizacją i przy malowaniu których ręka meandruje. Te obrazy pączkują od jednej plamy, niemal automatycznego gestu i często zmieniają się w trakcie malowania w sposób drastyczny. Rola przypadku jest tu największa, a mi pozostaje go zaakceptować lub zmazać terpentyną, albo zeskrobać szpachlą.

PR: W Twoich pracach abstrakcja często miesza się z czymś organicznym, cielesnym, czasem wręcz biologicznym. Jak Ty sam patrzysz na tę relację?
KK: Ten aspekt biologiczny faktycznie jest dla mnie bardzo istotny. Nawet przy malowaniu pozornie nieprzedstawiających obrazów myślę o ciele — czy to ludzkim, czy zwierzęcym, ale także o biosferze w ogólności, będącej amalgamatem rozmaitych królestw: od roślin po karmiące się martwą materią organiczną grzyby. Zawsze z dużym zaciekawieniem oglądam skamieniałości, będące asamblażami rozmaitych sprasowanych szczątków zwierzęcych. Interesuje mnie życie jednostkowe, ale i biologiczna masa, której pojedyncze osobniki są tylko niewiele znaczącą cegiełką. Kiedyś malowałem sporo trawestacji flamandzkich martwych natur i do dziś fascynują mnie te spiętrzone masy martwych zwierząt, które zdają się wprost wysypywać z obrazów Fransa Snydersa i jemu podobnych. Nie dalej jak wczoraj oglądałem dokument o kutrze rybackim „Leviathan”, w którym życie sprowadzone zostaje do sprasowanej biomasy, którą człowiek obrabia z obojętnością maszyny. Jest tu sporo Snydersa, bo te wyciągane z wody rogi obfitości są jednocześnie uderzającym memento mori — oryginalność tego dokumentu polega na tym, że obserwujemy ów proceder z rybiej perspektywy. Ta nieludzka perspektywa jest mi bliska.
PR: Jak dziś opisałbyś obszar tematów, które najbardziej Cię interesują w kontekście projektów artystycznych?
KK: Przyznam bez bicia, że najchętniej odwiedzam muzea. Z łapczywością oglądam wszystko — od sztuki dawnej do współczesności — w każdej epoce wyłapując coś ekscytującego. Chronologiczny porządek zbiorów bywa nużący, ale jest też źródłem tej słodkiej przyjemności, jaką zapewnia dobrze znany comfort movie. Te spacery mają też swój wymiar praktyczny, bo są polowaniem na motywy. Wyłapuję całe obrazy lub ich fragmenty, które służą mi później do własnego malarskiego pastiszu. Na przestrzeni lat namalowałem sporo takich prac i jest to chyba jeden z najdłużej rozwijanych przeze mnie cykli.
PR: Czy możesz zdradzić coś o najbliższych planach i nad czym teraz pracujesz?
KK: „Gracious epoch” łączy prace powstałe w ciągu kilku ostatnich lat. Obrazy najnowsze będzie można zobaczyć w kwietniu tego roku na wystawie indywidualnej w galerii Pani Domu w Poznaniu. Pokażę tam najnowsze płótna, w których nagminnie zaczął pojawiać się motyw drzew i lasu. Te prace zestawione będą z gwaszami na papierze oraz rzeźbami. Prace na papierze powstają szybko, najczęściej podczas jednego posiedzenia i bez wcześniejszego przygotowania. Rzeźby przygotowuję w żmudnym, choć improwizowanym procesie. Wydaje mi się niekiedy, że każdej z tych działek dogląda inna persona. Metody dochodzenia do formy są odmienne, ale imperatyw jest jednak wspólny i zdaje się, że czerpię zawsze z podobnego źródełka.
Kamil Kukla (ur. 1989) – malarz, twórca grafik cyfrowych, obiektów oraz muzyki eksperymentalnej. W 2013 roku ukończył studia na Wydziale Grafiki Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Od 2014 roku prowadzi zajęcia na Wydziale Sztuki Akademii Nauk Stosowanych w Tarnowie. W 2017 roku przebywał na dwóch rezydencjach artystycznych – w MeetFactory w Pradze oraz Dukley Art Center w Kotorze w Czarnogórze. W 2016 roku został laureatem Nagrody Fundacji Grey House. W 2018 był finalistą Nagrody Fundacji Vordemberge-Gildewart. Jest autorem wystaw indywidualnych, między innymi: Frukta i paszczęki w Galerii Sztuki Współczesnej Bunkier Sztuki w Krakowie (2019), U+1F351 PEACH w Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski w Warszawie (2017) i UTROPA w BWA Tarnów (2022). Jego prace znajdują się w kolekcjach Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie MOCAK, Muzeum Narodowego w Gdańsku, Galerii Sztuki Współczesnej Bunkier Sztuki w Krakowie oraz licznych kolekcjach prywatnych. Mieszka i pracuje w Krakowie.
Patrycja Rup (ur. 1989) jest polską kuratorką sztuki, producentką wydarzeń i pisarką. Mieszka i pracuje w Budapeszcie od 2015 roku. Jej teksty były publikowane w magazynie Contemporary Lynx, na albumie audio Pieces, w The Room Surrealist Magazine, w zbiorze Narratives of Budapest, Budapest Business Journal oraz w Panel Magazine.
